Raz spróbowane trudno odspróbować

Pisałem już o tym, skąd wzięła się nazwa bloga. Z perspektywy czasu śmieję się trochę z tego, bo dowiedziałem się, że swego rodzaju mity, które jeszcze niedawno sam Radek Kotarski lansował u siebie na polimatach


okazały się mocno wątpliwe. Po kilku dyskusjach odkryłem amerykę, że z tą włoską kawą rzeczywiście coś może być nie tak. Skoro espresso może być lekkie i smaczne, naturalnie słodkie, to po cholerę katować się napojem spalonym na smołę, ciężkim jak sierpniowe popołudnie?

Po nic. Ba dum tss.

To bierze się z niewiedzy. Ludzie z natury bywają leniwi i nie zadają zbyt wielu pytań. Nawet jeśli coś im nie smakuje, to nie powiedzą tego wprost. Większość zadowoli się wielkim kubkiem sypanej albo rozpuszczalnej z mlekiem. Nie mówię, że to błąd, ale to nie dla mnie. Lubię podnosić jakość życia, choćby to była zmiana w skali mikro. Lubię i już, a że raz spróbowane, trudno odspróbować, to co ja poradzę?

Prawda jest taka, że w dążeniu do perfekcji nie ma nic złego, tak jak w piciu fusiastej kawy. Każdemu według potrzeb. Czasem jednak wystarczy niewielka zmiana przyzwyczajeń, żeby podnieść jakość o 1000%. O tym będzie tutaj pisane. Jak przejść z poziomu ignoranta, przez fazę bloody experta i geekizm, po zbalansowane podejście znawcy tematu, który czerpie wiedzę i doświadczenie dla siebie, a nie żeby szpanować przed hipsterami. Choć i tego ostatniego nigdy nie można być pewnym. 😉

#onedayonecup wyzwanie z cappuccino na luty

Kiedy w zeszłym roku trafiłem na blog Andrzeja Tucholskiego (jeskultura.pl) nie sądziłem, że właśnie ten koleś zainspiruje mnie do powrotu do pisania po dłuższej przerwie. Zainspirował. Tak się stało za sprawą lutowego turbo questa, którego tematem będzie kawa. Postanowiłem, że drogą kupna nabędę dzbanek do mleka i zamiast spędzać przerwy w pracy na czytaniu durnot w necie, potrenuję przygotowanie cappuccino. Tak zrodził się pomysł, żeby moje „dokonania” fotografować i wrzucać na instagrama. Dla siebie samego w zasadzie, żeby mieć jakiekolwiek pojęcie, czy jestem w stanie zrobić progres w ciągu czterech tygodni – od totalnego nooba, do jako tako ogarniętego kolesia od spieniania mleka i malowania po cremie. Kto wie, może w kolejnym wcieleniu będę sekretarką i ładny wzorek będę mógł sobie wpisać w CV.

Zacząłem od przypomnienia sobie co usłyszałem o mleku i dobrym espresso na jednym ze spotkań wśród miłośników kawy. Nie miałem ani dobrego mleka ani dobrego espresso, jako że kawa w pracy to po prostu kawa, czyli tak jak większość to sobie wyobraża – masz tu kawę, mleko i zrób mi z tego trzy rozety i pięć serduszek. E-e. To tak nie działa. No ale nic to, przecież nie od razu Starbaksa zbudowano, jestem inteligentny, to przecież prędzej czy później coś wyczaruję. Cóż, „coś” to chyba dobre określenie.

Nie poddaję się, walczę dalej, choć firma rzuca mi kłody pod nogi i przez kilka dni mam do dyspozycji ekspres, który gotuje mleko w 10 i przelewa espresso w 15 sekund. Cholerstwo nie chce się dać wyregulować, choć jest nowsze o kilka tysięcy filiżanek od poprzednika. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. 🙂

PS
Swoją drogą – chyba ślepcy lajkowali te zdjęcia, serio.

PPS
howdoyoudoinstagramtowordpress?! 😮

Kiedyś miałem pisać bloga

Blog miał być o kawie. Miałem wiele pomysłów na odkrywcze notki. Miałem zapał, chęci i czas. Wystarczyło na dwa wpisy. Kilka dni później, kiedy zacząłem czytać inne blogi, zdałem sobie sprawę, że jestem totalnym laikiem i moje wyobrażenia nijak mają się do rzeczywistości. Na moment mnie to przygniotło, zdałem sobie sprawę, że żeby pisać, trzeba mieć dobry temat i jakiekolwiek pojęcie. Kilka kolejnych miesięcy spędziłem na podkradaniu newsów z przeróżnych miejsc i konfrontowaniu ich z ludźmi, dla których kawa „smakuje” albo nie, ma własności jedynie pobudzające i mogą pić choćby rozpuszczalną, dla których filozofia pod tytułem coffee speciality, smak, balans i aromat to pic na wodę i wyzysk z 500% narzutem. Z niektórymi argumentami o dziwo się zgadzam, ale o tym będzie osobny wpis. Faktem jest, że wsiąkłem w kawowe towarzystwo i znów daję się ponieść. Jakość i świadomość zaczęła mieć dla mnie znaczenie. Tak więc koniec z bezczynnością. Czas wziąć się do roboty!

Efekty już niebawem, so stay tuned! 🙂

Dlaczego kawa?

Lubię zgłębiać tajniki przeróżnych dziedzin życia. Przypomina mi się taka historia z pracy, gdzie testowaliśmy nowy ekspres. Choć „testowaliśmy” to słowo na wyrost w kontekście przyszłych notek na blogu, no ale uznajmy, że były to testy totalnych laików. Większość ludzi potrzebowała wiedzy jak ekspres uruchomić, zrobić kawę, opróżnić zbiornik na fusy i nalać wody do pojemnika. A, spieniacz do mleka robił furorę za każdym razem kiedy jedna dziewczyna robiła latte macchiato w wysokich szklankach, co jak na standardy firmowe było widokiem dość osobliwym. Ja, oczywiście, zaliczyłem się do mniejszości, która chciałaby poznać mechanizm działania, szczegóły parzenia, zależności pomiędzy strumieniem/ciśnieniem wody a cremą, różnicami pomiędzy kawą świeżo zmieloną a sypaną tej samej marki itp. Zacząłem trochę czytać o sposobach parzenia w automatach, o znaczeniu podgrzania filiżanki, o tym, że kuliste dno filiżanki ma duże znaczenie dla objętości cremy i jeszcze parę innych rzeczy, o których nie pamiętam. Kilka z tych newsów sprzedałem potem ludziom, ale nikogo prócz jednej osoby to nie interesowało. Zasadniczo im się nie dziwię, potrzebowali kawy, a nie filozofii – nie podpalili się. A ja tak.

Kawa mnie fascynuje. Różnorodność jej aromatów, gatunków, miejsc pochodzenia, historia, rytuały jej towarzyszące – słowem wszystko co z nią związane. Prościej się chyba nie da.

Uwielbiam klimat małych kawiarenek. Mógłbym spędzać w nich całe dnie. Na dyskusjach ze znajomymi, na nauce, na czytaniu, na słuchaniu przypadkowych ludzi. Dzięki klimatowi KapKap Cafe z Lublina powstał ten blog. Panowie zafascynowali mnie stworzonym przez siebie perfekcyjnym miejscem, w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia, a który służy mi obecnie za wyznacznik kawiarni w Polsce. O dziwo nie czuję tego zupełnie w kawiarniach sieciowych. Starbaka omijam szerokim łukiem. Byłem raz, w Poznaniu, ale nikt o tym nie wie i chciałbym żeby tak pozostało. Lubię Costę, ale to nadal tylko „lubię”. Małe kawiarenki pokroju Jaśminowej w Nałęczowie czy JagaCafe w Łodzi mają swój niepowtarzalny klimat, którego na próżno szukać w wystandaryzowanych lokalach w centrach handlowych i na reprezentacyjnych ulicach dużych miast.

Kawa jest smaczna. No kto by pomyślał? 😀

Jestem od niej uzależniony. Tutaj akurat obędzie się bez metafizyki. Piję kawę w ilościach sporych, choć nie jestem rekordzistą. Do tej pory uważałem, że umiem ją zrobić lepiej niż moi znajomi, ale powoli dochodzę do wniosku, że wciąż jestem na etapie raczkowania i bliżej mi do zalewania fusów wrzątkiem w szklance z koszyczkiem niż do czegoś, co można by nazwać kawą i nie wyjść na durnia. Nawet nie mam w domu porządnego młynka. Z czasem na pewno będzie się to zmieniać, a kawowe, niedzielne popołudnia zmienią się w niedzielne, kawowe eksperymenty. Wracając do punktu pierwszego – chcę zgłębić tę wiedzę kompleksowo, więc zaczynam od podstaw, a blog pomoże mi je uporządkować i wracać w dowolnym momencie. Dlatego kawa.

To chyba tyle. 🙂

Ciao!

No to start?

Jakby tu zacząć swoją kawową przygodę? To pytanie zadaje sobie chyba każdy początkujący, internetowy goguś. W moim przypadku zaczęło się całkiem niewinnie, od wizyty w jednym z wielu modnych miejsc dla hipsterów, na co wskazywały leżaki John Lemon przed wejściem czy butelki Fritz Coli na barze. Albo fascynatów kawy doskonałej, na co wskazywałaby doskonała kawa tam serwowana. Cokolwiek by to nie było – zafascynowałem się. A było to tak.

 

– Rafał, jesteś w Lublinie?

– Nie, jestem w Łodzi, ale niebawem będę się do was wybierać. Nie mów, że jesteś u rodziców?

– Ano jestem. Kiedy będziesz?

– O taaak! Za tydzień melduję się na starówce! 🙂

– Orajt, koniecznie pójdziemy do Trybunalskiej, ale potem muszę pokazać ci pewne miejsce, gdzie zrobili mi taką kawę, jaką pije się na południu Włoch. Po moim tłumaczeniu zrobili ją dokładnie tak jak tam!! Nawet w innych regionach Włoch nie znajdziesz tego! 😀

– WOW! Wygląda świetnie, i ten sernik z mango bym zajadał!

 

prawie miesiąc później

 

– To o której juro się widzimy? 14? 15?

– OK. Dla mnie może być nawet wcześniej.

– Wcześniej nie dam rady. Mam obiad i wolę nie ryzykować. 😀

– Dobra, to i ja postaram się zjeść wcześniej.

– No chyba, ze umówimy się na „kawę” dworcową.

– O nie, nie! Musimy iść TAM!

– Słusznie! 😀

 

No i poszliśmy.

 

Żar lał się z nieba, a Rafcio jak zawsze elegancki, więc przed podróżą, bo zaraz miałem wracać do Łodzi, potrzebowałem czegoś naprawdę zimnego. Wiadro lodu byłoby rozwiązaniem optymalnym, ale:

1. nie miałem wiadra,

2. nie miałem lodu,

3. #ALSIceBucketChallenge jeszcze nie istniał,

4. chciałem się napić kawy.

Kiedyś słyszałem, że bardzo gorąca kawa i herbata oprócz tego, że paraliżuje język (w moim przypadku na dwa dni), doskonale działa w upalne dni. Ale nie dziś! Dziś miałem obiecane lodowe niebo w gębie i tego scenariusza się trzymałem.

 

Wtem pojawiła się ONA! Sprawczyni całego przedsięwzięcia pod kryptonimem Caffe in ghiaccio con latte di mandorla. Wow, żeby zapamiętać nazwę, musiałem dopytać o nią 100 razy, zrobić 73 błędy podczas opisywania zdjęcia na fejsbuczku, zapomnieć ją a potem sobie przypomnieć już na stałe. W sumie, jesli dobrze pomyślę, to nie myliła się nasza fizyczka, wychowawczyni w liceum, sorka Banaszczuk, która twierdziła, że aby zapamiętać coś na całe życie, należy przeczytać to raz, powtórzyć w głowie, zapomnieć na tydzień, wrócić do tego tematu, przeczytać jeszcze raz i zapamiętać. No to zapamiętałem Caffe in ghiaccio con latte di mandorla, co w skrócie było po prostu mrożonym espresso z syropem migdałowym (Syrop zamiast mleka migdałowego – excusemoi, byliśmy w Lublinie, daleko do Almy. Znaczy się blisko, ale i tam z migdałów mają jedynie ciastka, batony, olejki, mydła, szampony i płyny do podłóg).

 

Po prostu – he he!

 

Koń by się uśmiał. Jeśli to było „po prostu”, to to, co piję codziennie w domu czy w pracy, równie dobrze mógłbym zastąpić wodą z kibla. Nie dosyć, że uraczyła mnie (ONA!) najlepszą kawą w życiu, to jeszcze proponowane niegdyś ciastko z mango okazało się najlepszym ciastkiem jakie miałem okazję spróbować. Przepraszam mamo – tak było, z faktami się nie dyskutuje.

 

Tak o wyglądała moja przygoda z caffe in ghiaccio. Tam właśnie upatruję źródła inspiracji, które wywracają co rusz moje pomysły na rzeczywistość, przyczyniają się do kalkulowania i podejmowania ryzyka. Dzięki nim znalazłem odwagę do pisania i dzielenia się kawowymi przemyśleniami także z Tobą!

 

Za przetrwanie do końca czeka Cię nagroda. „Przyspieszony kurs zapamiętywania skomplikowanych nazw w czterech krokach metodą sorki Banaszczuk!”

 

1. przeczytaj: Caffe in ghiaccio con latte di mandorla.

2. powtórz

3. zapomnij

4. wróć tu za tydzień

 

Ciao! 😉